Kryzys z Ameryki do Europy

W przyrodzie nic nie ginie, wszystko musi być ze sobą w równowadze, po wielkiej hossie przychodzi bessa, i tak, po kilku tłustych latach świat pogrążył się w kryzysie ekonomicznym. Najpierw był wielki bum budowlany, w Stanach Zjednoczonych i w Europie nastąpił niesamowity rozkwit w tej branży. Rozwijały się firmy budowlane, kokosy zbijali pośrednicy w sprzedaży nieruchomości, każdy chciał zbudować lub kupić dom, bo środki na ten cel było bardzo łatwo zdobyć. Jak? Oczywiście na drodze umowy z bankiem, czyli umowy kredytowej. Banki wręcz prześcigały się w swoich ofertach kredytowych, znosiły koszty i dodatkowe opłaty, rezygnowały z drogich oprocentowań, z dodatkowych zabezpieczeń, nie wymagały od swoich klientów poręczycieli... Wszystko to sprawiło, że nawet osoby o niewysokich zarobkach odważnie ubiegały się o pożyczki i kredyty. Ludzie kupowali lub budowali domy ponad stan, duże, drogie w utrzymaniu, drogie, a co za tym idzie potrzebowali kredytów długoterminowych, których spłata często była rozłożona na raty przez średnio 30 lat. Kiedy nagle rynek zaczął się załamywać, ludzie tracą grunt pod nogami, bo wszystko co dotąd mieli jest zagrożone. Miejsca pracy, pieniądze, domy, mieszkania i samochody... Jak do tej pory najwięcej tragicznych przypadków, w których ludzie na prawdę stracili dach nad głową, odnotowano w Stanach Zjednoczonych. Nie oznacza to jednak, że Europa jest wolna od kryzysu gospodarczego. Zauważmy, że tak samo jak bum budowlany i inwestycyjny, kryzys pojawił się najpierw w USA, a dopiero później dotrze do Europy... A może już dotarł? Na pewno możemy odczuwać pierwsze skutki kryzysu, choćby w postaci renegocjacji umów kredytowych, o którą starają się banki. Widać spowolnienie w inwestycjach budowlanych, nie można już łatwo dostać kredytu, a wiele osób straciło zatrudnienie w wyniku redukcji etatów, która jest pierwszym krokiem w kierunku cięcia kosztów przez duże firmy i koncerny międzynarodowe.